NAGROMADZENIE ZDARZEŃ

Skąd jednak możemy mieć pewność, że protek­cjonalny stosunek do autorów w rodzaju Scholza jest usprawiedliwiony? Czy jest rzeczą rozsądną ignorowanie takiego nagromadzenia osobliwych zdarzeń i przypisywanie ich po prostu przypadko­wi? Czy w takich zbieżnościach zdarzeń nie może być ukryty sens czyniący z nich coś więcej niż zwykłe koincydencje? Takie pytania postawił czło­wiek wystarczającego formatu, żeby potraktować go poważnie, mianowicie Jung. Problem koincyden­cji zaabsorbował Junga w połowie lat dwudzie­stych, kiedy rozwijał on swoją koncepcję zbioro­wej nieświadomości. Treścią jej — przypomnij­my — miały być pierwiastkowe przedstawienia uniwersalnych ludzkich tematów, nasycone ogrom­nym ładunkiem psychicznej energii i docierające do świadomości w przebraniu symbolicznym; były to „archetypy”. Pogrążając się w tę głębię Jung napotykał liczne powinowactwa, które jego zda­niem nie dawały się w pełni wyjaśnić w katego­riach li tylko przypadku. Jedno z takich wyda­rzeń, na które powoływał się niejednokrotnie, przy­toczymy za dziełem, w którym najpełniej rozwinął swoje idee.

Znalazłeś się tutaj dzięki poniższej frazie kluczowej:

Witaj na moim serwisie ! Poświęconym urbanistyce, mam nadzieję, że znajdziesz tutaj wiele ciekawych i interesujących Ciebie informacji. Zapraszam do czytania !
Wszelkie prawa zastrzeżone ©